Ja jestem bardzo przeciwna zdradzie...jest to jedna z niewielu rzeczy których nie toleruję wręcz...jeśli jestem z kimś to co bym do niego nie czuła...czy miłość ponad życie czy tylko sympatię to zobowiązuję się tym samym do jakiejś szczerości, która wyklucza skok w bok w momencie gdy coś się wali...gdybym chciała zdradzić to zakończyłabym związek i dopiero zaczęła coś "działać" w innym kierunku...tyle że jak się to rozumie samo przez się nie byłaby to zdrada...zdradzie mówię zdecydowane nie.
_________________ "...we mgłę go wyprawiłam/ w deszcz co na rzęsach przysiadł/ samobójczymi kroplami/ żeby opaść i zniknąć/ wsiąknąć cieczą zieloną/ w spragnione ciało trawy/stoję niezmiernie sama/na nagiej obcej ziemi..."
Znak zodiaku:
irokez
Imię: Artur
Wiek: 26 Dołączył: 19 Cze 2008 Posty: 4 Skąd: Kraków
Wysłany: 19-06-2008, 18:00
Ze zdradą jest różnie, w przekonaniu jest i w teorri że facet ma większy popęd od kobiety, ale kobiety pod wpływem alkocholu robią ogromne głupoty jeśli chodzi o zdrade za to facet potrafi to kontrolować ale przeważnie to wykorzystuje!!! zgadzam się z niektórymi jak ktoś kogoś kocha to nigdy niezdradzi!!
w kulturze zachodu.
co powiesz na kulturę arabską?
bigamia na skalę masową. i taki potrafi ci powiedziec, ze kocha wysztskie te kobiety!
inną kwestią jest na ile naprawde je kocha, na ile zajmuje sie drugą, jesli ta pierwsza zajęta ciążą...
ale najciekawsze jest to, ze mozliwosc kochania wiecej jak jednej osoby przypisuje sie facetom, a kobiety maja byc oddane mezczyznie. wprawdzie nei jestem wielkim fanem feminizmu, ale to trochę... hipokrytyczne.
ale niewazne.
w kazdej kulturze zdrada jest karana, to widac, z rozna brutalnoscia...
ale zdrada przeciez z czegos wynika. i zamiast sie burzyc i obrazac (a najbardziej mnie wkur.... tekst 'nie mamy sobie nic do powiedzenia" lub "nie tlumacz sie, nie chce cie sluchac" - mam ochote spuscic manto) - wtedy wlasnie powinno sie rozmawiac! zamiast sie unosci honorem i strzelac fochy za kazdym razem - rozmowa i proba pojednania i rozwiazania problemow, ktore najczesciej wiaza sie z rozbieznoscia oczekiwan. tylko, ze niektorzy wolą pokazac kto tu rządzi i chodzic obrazonym.
_________________ poprzedni opis dotycył dawnej sytuacji politycznej. teraz właściwszy byłby: jak nie sraczka to tarczka...
ale zdrada przeciez z czegos wynika. i zamiast sie burzyc i obrazac (a najbardziej mnie wkur.... tekst 'nie mamy sobie nic do powiedzenia" lub "nie tlumacz sie, nie chce cie sluchac" - mam ochote spuscic manto) - wtedy wlasnie powinno sie rozmawiac!
a nie sądzisz, ze ta rozmowa powinna mieć miejsce przed aktem zdrady?
wtedy powinno się mówić o tym co nam nie pasuje itd.
_________________ poznam Cię po zapachu snów, po tęsknocie w Twoich oczach, którą gasi widok mój
Imię: Agnieszka
Dołączyła: 27 Sie 2005 Posty: 9634
Wysłany: 23-06-2008, 23:10
Dominican napisał/a:
caessa napisał/a:
a nie sądzisz, ze ta rozmowa powinna mieć miejsce przed aktem zdrady?
to przede wszystkim.
ale mwoimy o sytuacji juz po fakcie dokonanym.
Wydaje mi się że w takiej sytuacji nie ma już o czym gadać i roztrząsać co i dlaczego, to już jest definitywny koniec związku.
Wydaje mi się że w takiej sytuacji nie ma już o czym gadać i roztrząsać co i dlaczego, to już jest definitywny koniec związku.
zatem powiem ci,z e ci sie tylko wydaje.
to, ze jedna osoba zdradzila nie znaczy, ze wszystko sie musi posypać! to tak jakby powiedziec, ze jak leci kurs złotego, to zachwile bedziemy mieli podwyzki cen, mniejsze place i w ogole panstwo sie posypie... wiesz, takie gadanie tego, ktory nie chce niczego naprawic, a unosi się dumą.
definitywny ale chyba dla ciebie. ja mimo wsyztsko staralbym sie nawiazac co bylo powodem tego, dlaczehgo tak sie stalo. wiesz, nei zawsze ludzie sobie mowia wsyztsko i niektore rzeczy mogą umknąć, jak np podczas gdy sie codziennie siedzi w pracy to zona moze oczekiwac wiecej czeasu wspolnie, choc wie, ze moze to byc nierealne. szczegolnie w przypadku awansu na jakimstam stanowisku. wtedy szuka alternatyw. i vice versa. jesli mezczyzna ma ciezka sytuację osobistą, np z żoną, to jesli podchodzi do niego kobieta, ktora jest dla niego niezwykle uprzejma, slucha co on mowi, "opiekuje sie" to sprobuj odmówić. jest to pokusa, moze to szybko rpzejsc w cos nieprzewidzianego przy początku. ale to jest zasrazem swiadectwem, ze cos sie dzieje w malzenstwie nie tak i nalezy to sobie ywjasnic. milczenie nie jest rozwiazaniem. warto poznac przyczyny, powody, motywy i skutki. oczywiscie jest to mozliwe, jezeli jeden drugiego nie dręczy pytaniami co rano "a jaka ona była/a jaki on był" lub "w czym on/ona jest lepszy/a" i nie unosi się dumą. to jest najgorsze co moze byc dla zdradzonego, tory rpzeciez tez cierpi. to,z e zdradzil/a nie znaczy,z e tzreba si ena nim wyzywac i pokazywac siebie jako Wielkiego Poszkodowanego. starac sie zrozumiec CZEMU. to naprawde pomoze przy ponownym 'pozbireaniu się' rodziny.
mimo wsyzstko nalezy ze soba rozmawiac...
dlatego osoby, ktore mówią, ze to jest definitywny koniec, ze nic sie nie da zrobic postrzegam troche jak urzędasów za PRLu - wyuczona bezradnosc, a jak sie cos pysknie lub zrobi nie po jego mysli to ma sie przesrane do konca zycia. i wspolczuje tym, ktorzy maja z nimi blizszy kontakt...
_________________ poprzedni opis dotycył dawnej sytuacji politycznej. teraz właściwszy byłby: jak nie sraczka to tarczka...
Imię: Agnieszka
Dołączyła: 27 Sie 2005 Posty: 9634
Wysłany: 24-06-2008, 14:45
Dominican zgodziłabym się z tobą w 100% jeśli chodziło by o każdy inny problem w związku niż zdrada. Jestem jak najbardziej za rozwiązywaniem wszystkich konfliktów poprzez rozmowę i mówieniu o problemie jak się zaczyna pojawiać, nie ukrywaniu czegoś tylko dlatego że jest niemiłe, bo nieraz druga osoba nawet może nie zdawać sobie sprawy ze nas krzywdzi.
Dominican napisał/a:
to, ze jedna osoba zdradzila nie znaczy, ze wszystko sie musi posypać!
Jak dla mnie jest to najgorsze co można zrobić (ale to jest tylko moje zdanie, ty możesz mieć przecież inne i nie da się tu rozstrzygnąć czyje jest lepsze). Zdradził raz, nie zawaha sie zrobić tego po raz kolejny.
Dominican napisał/a:
ja mimo wsyztsko staralbym sie nawiazac co bylo powodem tego, dlaczehgo tak sie stalo. wiesz, nei zawsze ludzie sobie mowia wsyztsko i niektore rzeczy mogą umknąć, jak np podczas gdy sie codziennie siedzi w pracy to zona moze oczekiwac wiecej czeasu wspolnie, choc wie, ze moze to byc nierealne. szczegolnie w przypadku awansu na jakimstam stanowisku. wtedy szuka alternatyw. i vice versa. jesli mezczyzna ma ciezka sytuację osobistą, np z żoną, to jesli podchodzi do niego kobieta, ktora jest dla niego niezwykle uprzejma, slucha co on mowi, "opiekuje sie" to sprobuj odmówić. jest to pokusa, moze to szybko rpzejsc w cos nieprzewidzianego przy początku. ale to jest zasrazem swiadectwem, ze cos sie dzieje w malzenstwie nie tak i nalezy to sobie ywjasnic
Tylko po co by mi było znać powody dlaczego się to stało?? Jak ktoś potrafi zdobyć się na szczera rozmowę po fakcie i chce wszystko naprawiać, to czemu nie robił tego wcześniej kiedy problem się pojawił?? A do tego jeśli ktoś nie potrafi trzymać swoich żądzy na smyczy, to niech nie wchodzi w związku, albo przynajmniej ma na tyle honoru i przyzwoitości żeby przyznać że zrobił źle i odejść.
Dominican napisał/a:
i nie unosi się dumą
Już i tak w takiej sytuacji zostało się wystarczająco upokorzonym, że chyba jedynym godnym wyjściem jest unieść się duma i bez wielkich scysji, histerii i wywlekania brudów, po prostu się rozejść.
Dominican napisał/a:
dlatego osoby, ktore mówią, ze to jest definitywny koniec, ze nic sie nie da zrobic postrzegam troche jak urzędasów za PRLu - wyuczona bezradnosc, a jak sie cos pysknie lub zrobi nie po jego mysli to ma sie przesrane do konca zycia. i wspolczuje tym, ktorzy maja z nimi blizszy kontakt...
Nie będę sie juz powtarzać że rozmawiać trzeba jak problem sie pojawi, a nie jak juz się wszystko posypie i dojdzie do najgorszego.
To trochę tak jak kierowca, cały czas jeździ z ogromna prędkością , nikt nie widzi za wielkiego problemu, kilka osób tylko na niego poprzezywa na drodze, ale dopiero jak spowoduje wypadek i się zabije to każdy zaskoczony się zastanawia dlaczego tak się stało i czy można było temu zapobiec. Tylko że gdybania i roztrząsania sprawy chodź by przez najmądrzejszych nie przywrócą mu już życia, bo już sie stało i było to efektem jakiś tam czynników (bo zawsze jeździł szybko, bo się spieszył, bo ktoś mu zajechał drogę, bo jezdnia była oblodzona, bo trafił na drugiego takiego ostrożnego, bo się zagadał przez komórkę, i co z tego?? mógł jechać ratować ciężko chore dziecko, bo był lekarzem, to już jest bez znaczenia bo już nie żyje i najznakomitsze cele go nie wskrzeszą).
Już i tak w takiej sytuacji zostało się wystarczająco upokorzonym,
jesli jzu ktoś jest tu upokorzony to ta osoba, ktora zdradzila. pytanie: kto tu ma sie wstydzić?
dkf napisał/a:
chyba jedynym godnym wyjściem jest unieść się duma i bez wielkich scysji, histerii i wywlekania brudów, po prostu się rozejść.
jedno przeczy drugiemu. unoszac sie dumą ciezko wyjsc ze zwiazku bez scysji i wywlekania brudów. osoba unosząca się dumą najczesciej chce tej drugiej "dokopac", zemscic sie za owo nieuzasadnione upokorzenie. wiec o niewywlekaniu brudów nie ma mowy w wypadku unoszenia sie honorem. jak to wyglada w praktyce - wystarczy ogladnac jakis amerykanski film...
dkf napisał/a:
Zdradził raz, nie zawaha sie zrobić tego po raz kolejny.
to jest na podobnej zasadzie, ze jakis zolnierz dal sie postrzelic, wiec wnioskujac - jest on do bani i na front nie powinien isc, bo znowu nawali. a jednak ponownie idą... niektorzy.
to tez zalezy od tego jakie ultimatum sie postawi danej osobie. to tez kwestia "wychowania" lub raczej "dojscia do porozumienia i ustalenia zasad". jezeli sie bedziez achowywac jakby zupelnie sie nic nie stalo to cheater uzna, ze mu tak wolno. zupelnie jak z psami. to tez forma wychowania. wyobraz sobie - jak reaguje dziecko, ktore drze sie, bo chce jakis baton, rodzic w panice mowi zeby sie przymknelo, a to tupie, wrzeszczy, rozwala, bo chce, wiec rodzic kupuje. i jaki wniosek ma z tego dziecko? "rob tak dalej, a dostaniesz". jesli myslisz, ze z wiekiem to mija to bardzo się mylisz...
dkf napisał/a:
Tylko po co by mi było znać powody dlaczego się to stało??
by wiedziec jak temu zapobiec w przyszlosci. pdoam dwa przyklady: samochod i antivir w kompie. samochod: zalozmy, ze zepsul sie mechanizm różnicowy (http://pl.wikipedia.org/wiki/Mechanizm_różnicowy). wiedza o tym CO sie zepsulo i dlaczego (np styl jazdy, pokonywanie przeszkód na drodze) pozwala na przyszslosc zmienic zachowanie wobec tego wlasnie mechanizmu. i wiadmo czym grozi ignorowanie problemu. antivir: zasada prosta, bo ta sama jak u ludzi w systemie immunologicznym: jak program AV pozna jakiegos wirusa to z poczatku nie bedzie wiedzial co zrobic, ale jak sie nauczy to wobec nastepnych zachowa sie odpowiednio.
dkf napisał/a:
Jak ktoś potrafi zdobyć się na szczera rozmowę po fakcie i chce wszystko naprawiać, to czemu nie robił tego wcześniej kiedy problem się pojawił?
bo widzisz, nie wszystko mozna wiedziec. nie wiesz co siedzi w glowie partnera, on ci tego nie powie, nie powie ci jakie ma sentymenty, kto go/ją "ciagnie". najczesciej wychodzi to potem. dlatego jelsi komus zalezy na zwiazku to warto poruszyc temat nawet tak drazliwy o mogący boleć (niektorych).
dkf napisał/a:
rozmawiać trzeba jak problem sie pojawi
widzisz, osoba zdradzająca najczescie ukrywa fakt. a po dokoaniu "zdrady" stawia się partnera w sytuacji juz po fakcie. problem sie pojawil. zatem rozmowa. ja tez kolejny raz powatrzam...
dkf napisał/a:
a nie jak juz się wszystko posypie i dojdzie do najgorszego.
jak bedziesz chciala by doszlo donajgorszego (cokolwiek pod tym rozumiesz) to pewnie tak sie stanie. jesli usilnie bedizesz sie starac do tego, by sie zwiazek posypal i dzialala wedlug kretynskiej zasady "facet powinien miec drugą szansę. ale u innej" to masz najwieksze szanse na taki rozwoj wypadkow. zdradę moznaby nazwac rodzajem kryzysu. oznaką, ze cos jest nie tak. to, ze twoj kierowca jezdzi jak pirat drogowy nie znaczy, ze przed czasem nie mozna tego zmienic. skoro widzisz, ze zapier*alana zabudowanym 150, zamiast 3x mniej to znaczy, ze cos tu nie gra. albo kierowca nie zna zasad albo ma to w dupie. jesli ma w dupie - wysiądź. jelsi nie zna zasad - powiedz mu je, zastosuj restrykcje. poza tym jest jeszcze policja, drogówka.
dkf napisał/a:
ale dopiero jak spowoduje wypadek
wypadek tez kryzys. tyle, ze wiedzy i umiejetnosci.
a smierc, to nawiazujac do zdrady to nie wiem co musialby robic. chyba tylko dziecko... albo ewidentnie zarzucac zdradzanego na rzecz kochanka/i. innego uzasadnienia nie widze dla przykladu 'smierci". ale przed tym zawsze mozna wiekszosc rzeczy naprawic. niebedzie tak samo, ale chęć i możność to dwie potężne bronie.
ostatecznie:
uwazam, ze jesli pojawi się zdrada na horyzoncie to jelsi ci zalezy na partnerze i jemu na tobie to zamiast jeden drugiemu wypominac ze zdradzil, a i ze byla oschła to warto wyciagnac jakies wnioski, nie? niekoniecznie takie, ze naraz tzreba sie pozbyc skurw*syna, bo moją dumę urazil. a zastanow sie czemu tak postąpił. bo zachowanie na zasadzie "to jego wina" to czysty egoizm i a/ignorancja. ska wiesz, ze taki przyczynek to tylko jego wina?
_________________ poprzedni opis dotycył dawnej sytuacji politycznej. teraz właściwszy byłby: jak nie sraczka to tarczka...
Imię: Agnieszka
Dołączyła: 27 Sie 2005 Posty: 9634
Wysłany: 25-06-2008, 16:49
Dominican napisał/a:
jedno przeczy drugiemu. unoszac sie dumą ciezko wyjsc ze zwiazku bez scysji i wywlekania brudów. osoba unosząca się dumą najczesciej chce tej drugiej "dokopac", zemscic sie za owo nieuzasadnione upokorzenie. wiec o niewywlekaniu brudów nie ma mowy w wypadku unoszenia sie honorem.
Widze ze zupełnie inaczej postrzegamy "unoszenie się honorem". Dla mnie to właśnie jest odejście bez wciągania w to całej rodziny i wszystkich znajomych, byle tylko udowodnić jaki to on jest zły i podły, a ja biedna. Żenujące jest publiczne oskarżanie, bo jak sam stwierdziłeś wina nie leży tylko po jedne stronie.
Dominican napisał/a:
to jest na podobnej zasadzie, ze jakis zolnierz dal sie postrzelic, wiec wnioskujac - jest on do bani i na front nie powinien isc, bo znowu nawali. a jednak ponownie idą... niektorzy.
Tylko że żołnierz nie postrzelił sie sam, a był to wypadek, a o tym z kim się pójdzie do łóżka już decyduje tylko dana osoba.
Dominican napisał/a:
by wiedziec jak temu zapobiec w przyszlosci. pdoam dwa przyklady: samochod i antivir w kompie. samochod: zalozmy, ze zepsul sie mechanizm różnicowy (http://pl.wikipedia.org/wiki/Mechanizm_różnicowy). wiedza o tym CO sie zepsulo i dlaczego (np styl jazdy, pokonywanie przeszkód na drodze) pozwala na przyszslosc zmienic zachowanie wobec tego wlasnie mechanizmu. i wiadmo czym grozi ignorowanie problemu. antivir: zasada prosta, bo ta sama jak u ludzi w systemie immunologicznym: jak program AV pozna jakiegos wirusa to z poczatku nie bedzie wiedzial co zrobic, ale jak sie nauczy to wobec nastepnych zachowa sie odpowiednio.
Tu akurat się zgadzam, tylko z jednym ale, ta wiedza może się przydać przy następnym partnerze.
Dominican napisał/a:
bo widzisz, nie wszystko mozna wiedziec. nie wiesz co siedzi w glowie partnera, on ci tego nie powie, nie powie ci jakie ma sentymenty, kto go/ją "ciagnie". najczesciej wychodzi to potem. dlatego jelsi komus zalezy na zwiazku to warto poruszyc temat nawet tak drazliwy o mogący boleć (niektorych).
Chodziło mi o tego który zdradził a nie zdradzonego, bo nie można wejść w myśli innej osoby.
Dominican napisał/a:
widzisz, osoba zdradzająca najczescie ukrywa fakt. a po dokoaniu "zdrady" stawia się partnera w sytuacji juz po fakcie. problem sie pojawil. zatem rozmowa. ja tez kolejny raz powatrzam...
Kurde albo nie rozumiesz o co mi chodzi, albo nie chcesz rozumie. Problem pojawia się kiedy zaczyna mu czegoś brakować i szuka towarzystwa, bliższego kontaktu z kimś trzecim. sam fakt zdrady to już jest ostatecznym działaniem i punktem kulminacyjnym.
Dominican napisał/a:
jak bedziesz chciala by doszlo donajgorszego (cokolwiek pod tym rozumiesz) to pewnie tak sie stanie. jesli usilnie bedizesz sie starac do tego, by sie zwiazek posypal i dzialala wedlug kretynskiej zasady "facet powinien miec drugą szansę. ale u innej" to masz najwieksze szanse na taki rozwoj wypadkow
Pisząc "do najgorszego" chodziło mi o zdradę, a nie rozpad związku. Tutaj myślenie nie ma nic do rzeczy, bo to ta druga osoba idzie do łóżka z kimś innym, z reguły w tajemnicy przed partnerem. Bo ta wg ciebie kretyńska zasada jest najlepsza jaka może być.
Dominican napisał/a:
to, ze twoj kierowca jezdzi jak pirat drogowy nie znaczy, ze przed czasem nie mozna tego zmienic. skoro widzisz, ze zapier*alana zabudowanym 150, zamiast 3x mniej to znaczy, ze cos tu nie gra. albo kierowca nie zna zasad albo ma to w dupie. jesli ma w dupie - wysiądź. jelsi nie zna zasad - powiedz mu je, zastosuj restrykcje. poza tym jest jeszcze policja, drogówka.
Nie, mnie tak nie ma, po prostu ktoś tak jeździ, sam. Tu chodziło o to że żadne rozmowy go nie ożywią, a nie o to dlaczego on tak jeździ.
Dominican napisał/a:
zdradę moznaby nazwac rodzajem kryzysu. oznaką, ze cos jest nie tak
I tu już chyba naprawdę nie ma co dalej ciągnąć tej dyskusji, bo zupełnie inaczej postrzegamy ta kwestię.
Dominican napisał/a:
to zamiast jeden drugiemu wypominac ze zdradzil, a i ze byla oschła to warto wyciagnac jakies wnioski, nie? niekoniecznie takie, ze naraz tzreba sie pozbyc skurw*syna, bo moją dumę urazil. a zastanow sie czemu tak postąpił. bo zachowanie na zasadzie "to jego wina" to czysty egoizm i a/ignorancja. ska wiesz, ze taki przyczynek to tylko jego wina?
To nie jest wina tylko jednej strony, ale to właśnie on w tym momencie zdradził (tylko dlatego mówię ze on a nie ona bo od początku dyskusji to facet występuje jako ten zdradzający, ale nie ma to najmniejszego znaczenia której płci się to tyczy) i on ponosi większa winę. W najłagodniejszym przypadku jest to po prostu znak ze związek się wypalił, dwóch ludzi nie zaspakaja się tak jak powinni i przestają być dla siebie ważni czyli związek się zwyczajnie rozpadł.
Imię: olek
Wiek: 20 Dołączyła: 28 Sie 2006 Posty: 1993
Wysłany: 25-06-2008, 20:41
Dla mnie zdrada jest równoznaczna z końcem znajomości. Nie ma zmiłuj. Jesteśmy dorośli i płacimy za błędy.
Zdrada to dla mnie krok w tył= wycofanie się; totalny brak szacunku do swojego partnera i do siebie samego rzecz jasna też, głupota i dziecinada. Chyba, że mówimy o zdradzie w zaawansowanym, długoletnim związku, wtedy dwa ostatnie punkty muszą nieco rozszerzyć swoje znaczenie.
Tylko że żołnierz nie postrzelił sie sam, a był to wypadek
nie szkodzi.. żołnierz zawiódł, bo dał się postrzelić. on ma unikać ognia i tępic wrogów... taki dostaje rozkaz na wojnie. i niewazne czy dostałod wroga w łeb czy od swojego w stopę - zawiódł.
dkf napisał/a:
Problem pojawia się kiedy zaczyna mu czegoś brakować i szuka towarzystwa, bliższego kontaktu z kimś trzecim. sam fakt zdrady to już jest ostatecznym działaniem i punktem kulminacyjnym.
a jak najczesciej reaguje osoba, ktorej bys cos takiego pwoiedziala? np facet mwoi swojej kobiecie, ze potzrebuje wiecej czulości, chce wiecej spedzac czasu z nią itd... jak taka kobeita najczesciej reaguje? "co? ja mało czuła?" - to wersja dumna. wersja uprzejma mówi najczesciej, ze ok, ale jak sobie to wyobrazasz? niewielki procent zareaguje twoerdząco. ale i to z warunkeim "w zamian"... załuje, ze tak wygląda sytuacja.
dkf napisał/a:
W najłagodniejszym przypadku jest to po prostu znak ze związek się wypalił, dwóch ludzi nie zaspakaja się tak jak powinni i przestają być dla siebie ważni czyli związek się zwyczajnie rozpadł.
e, gdzie tam... jaki się rozpadł... widze, ze mamy zupelnie inne rozumienie słowa zdrada i sposób postępowania wobec zaistniałej sytuacji. dla mnie finisz jest wtedy, gdy ani osoba nie chce współpracować (ani jedna ani druga), żadna sie do niczego nie przyznaje i jeden z drugim idzie w swoją stronę... sytuacja, gdzie nastąpiła zdrada to połowa drogi. oznaka, ze cos tzreba zmienic, bo obecny stan (system) jest ewidentnie chory i czym predzej trzeba to zmienic, jesli ci dwoje wciaz chce ze soba zyc i sie nie klocic o pierdoły. to jest wlasnie sztuka kompromisu (złośliwi mówią, ze kompromis to sytuacja,gdzie zadna ze stron nie jest zadowolona). wspolne zaspokajanie - to da sie odnowic tak jak odnawiasz pokój. po prostu tzreba "uzdrowic" system. najlepiej przed zdradą. dla mnie zdrada to po prostu czerwona lampka, ze system szwankuje, jakis trybik sie rozpadł. najlaptwiej mi przyrównac to do silnika wiec jak zerwie sie pas klinowy to restauracja silnika gwarantowana. nie ruszysz bez remontu. i tak tez funckonuje związek, jak silnik. wysztsko ze sobą współgra, póki cos żle zatrybi, dostanie sie piasek, olej wycieknie...
dkf napisał/a:
sam fakt zdrady to już jest ostatecznym działaniem i punktem kulminacyjnym.
tak, ale ja to inaczej pojmuję. znowu wyjasnie co u mnie znaczy termin punkt kulminacyjny. podejrzewam,z e u ciebie sytuacje, gdzie wszystko szlag trafił i sie zrobila jedna wielka rozpierducha. nie wiem. u mnie to znaczy taką swiecącą sie lapmke, ze jak zaraz czegos nie zmienie to faktycznie sie rozpadnie. czyli,z e jeszcze nie wysztsko stracone, ale łajba się chyli... ja mam, z tego co widze, wyzej podniesiona poprzeczke
dkf napisał/a:
bo to ta druga osoba idzie do łóżka z kimś innym, z reguły w tajemnicy przed partnerem.
tajemnica to się robi po fakcie. bo kazdemu z reguly zalezy, by sie ta druga osoba nie dowiedziala. i dlatego tuszuje fakt. zdarzaja sie przypadki, ze celowo sie idzie z kims pod pierzyne i zdradza w tajemnicy, ale to juz patologia. to juz stan zaraz-przedzawalowy. do uratowania, ale szanse maleją z kazda sekunda, bowiem osoba zdradzajaca wciaz sie utrzymuje w przekonaniu, ze partner to najglupsza ci-pa, a kochanek to jest ktos wartosciowy. i to nieskapywanie sie o-co-loto i dlaczego (najczestsze oskarzenie w tym przyoadku: bo on jest oschły/inne argumenty mocno obcizajace, cel: oczyscic sobie konto a wine zwalic na niego/nią. debilna strategia.
ale jesli chodzi o en pierwszy, nieswiadomy raz to najczesciej zdarza sie to poza polem widzenia partnera a wstyd i chęc ukrycia pojawia sie zaraz po fakcie. i utrzymywane sa te starania do samego konca, do wykrycia lub rozbicia zwiazku (z innego powodu).
dkf napisał/a:
tylko z jednym ale, ta wiedza może się przydać przy następnym partnerze.
a czemuż to? jak łapiesz kapcia w samochodzie to wymieniasz samochód czy koło? po prostu zwrócić wystarczy uwagę na pojawiajace sie symptomy zdrady i odpowiednio reagowac. czyli, analogicznie, jak czujesz, ze znowu jedziesz wolno - stań i wymien koło. czyli w tym przypadku - zmień koło. jesli koło bedize ci sie partolic znowu to zobacz czy wszystko inne dobrze wspolgra (w samochodzie: zawieszenie, zbieżność kół. a w zyciu np relacje miedzypartnerskie, zachowanie, sentymenty, oczekiwania, nie wiem...).
dkf napisał/a:
(tylko dlatego mówię ze on a nie ona bo od początku dyskusji to facet występuje jako ten zdradzający, ale nie ma to najmniejszego znaczenia której płci się to tyczy)
ja tez podaje pro forma, bo nie chce mi sie pisac i wymieniac osobno dla kazdej plci. kazdy i tak zajarzy uniwersalnosc. chyba, ze jest zagorzalym szowinistą lub zagorzałą feministką i nie ma nic do roboty tylko sie przypier*alać formy, a nie sensu.
dkf napisał/a:
Bo ta wg ciebie kretyńska zasada jest najlepsza jaka może być.
czemu jest najlepsza? w czym jest lepsza od innych? co ją tak bardzo wyróżnia, ze jest wybitna?
dkf napisał/a:
Żenujące jest publiczne oskarżanie, bo jak sam stwierdziłeś wina nie leży tylko po jedne stronie.
popieram.
dkf napisał/a:
Nie, mnie tak nie ma, po prostu ktoś tak jeździ, sam.
to tu juz jest kwestia ile ma wiedzy jak sie zachowywac na drodze, czy zna zasady i czy umie ich przestrzegac. bo sa reguly umowne jak np czerwone-zielone czy ze czerwony okrag na bialym tle to zakaz wjazdu.
dkf napisał/a:
Tu chodziło o to że żadne rozmowy go nie ożywią
dla mnie troche ekstremalne porównanie i troche na wyrost, ale nie przecze ze tak moze byc, po prostu nie jarze dalej o co ci chodzi...
dkf napisał/a:
ale dopiero jak spowoduje wypadek i się zabije
ja rozumiem, zeby samochod sie ropirzyl z winy kierowcy, ale nie mozna stworzyc zwiazku ze sobą... (chyba, ze sie jest narcyzem) najczesciej dwojga ludzi uczestniczy w tworzeniu zwiazku , wiec i dwoje mogą sie przyczynic do wypadku i smierci. ale wciaz nie rozumiem czemu usmiercasz tylko jedną osobę. rozumiem skasować wóz, a oboje rozejdą sie w obie strony, to bylaby symbolika rozpadu wzspolnoty, zwiazku. ale smierc jednej osoby? to gdzie druga? fakt, gadanie nie przywróci mu życia, jednakże... pisze wyżej.
leisure napisał/a:
Nie ma zmiłuj. Jesteśmy dorośli i płacimy za błędy.
dorosłość nie wyklucza rozmów i 'dawania szans" oraz napraw tychże błędów.
leisure napisał/a:
Zdrada to dla mnie krok w tył= wycofanie się;
dla mnie to hamulec, nie wsteczny.
leisure napisał/a:
totalny brak szacunku do swojego partnera i do siebie samego rzecz jasna też, głupota i dziecinada.
dzieci z reguły nie bawią sie w cziterstwo, wiec ciezko tu dawac dziecinadę jako argument... głupota - iowszem, ruchy nie są przemyślane... z reguły działa się pod wplywem emocji, blizej nieokreslonych, bo swą mnogością przytłaczają. jak z reklamy: milion powodów. jesli chodzi o szacunek to to jest silne uproszczenie. bo wypadkowych jest tak wiele, ze malo kto sie szacunkami przejmuje, gdy zdradza.
leisure napisał/a:
Chyba, że mówimy o zdradzie w zaawansowanym, długoletnim związku, wtedy dwa ostatnie punkty muszą nieco rozszerzyć swoje znaczenie.
nieazne jaki to zwiazek - roczny czy tysiacletni. za kazdym razem powinno sie do tego podchodzic na zasadzie zrozumienia. oczywiscie uwzgledniam tu wypadek totalnego olewactwa, ktory nic wiecej nie wrózy. oczywiscie, moze to wyglądać na złośliwosc i niestałość, ale z jednej strony to nawet lepiej, ze wczesnie sie rozstają. oznaka, ze juz na wstepie ludzie nie zgrywają sie charakterami, nie potrafią sie dogadac a ich zwiazek nie ma przyszlosci. ale to samo mozna powiedziec o tych z wieloletnim stażem. ktorys z artnerow nie chce przyznac, bo sie wstydzi/boi/etc, ze nie kocha tego drugeigo, nie szanuje i w ogole ma w dupie. i taki stan moze trwac lata, na zasadzie kukiełek, prowizorki. to te wlasnie zwiazki, o ktorych mowi juz zupelnie inny temat. (http://forum.mportalik.com/zwiazek-bez-milosci-vt15685.htm) to naprawde moze trwac lata. szczegolnie takie wypadki sie zdarzaly, gdzie rodzice dobierali partnera, a nie ci sie sami sobie dobierali. dlatego dlugosc trwania zwiazku nie musi tu miec znaczenia.
_________________ poprzedni opis dotycył dawnej sytuacji politycznej. teraz właściwszy byłby: jak nie sraczka to tarczka...
Ostatnio zmieniony przez Dominican 25-06-2008, 21:37, w całości zmieniany 1 raz
Imię: olek
Wiek: 20 Dołączyła: 28 Sie 2006 Posty: 1993
Wysłany: 26-06-2008, 08:34
Dominican napisał/a:
powinno sie do tego podchodzic na zasadzie zrozumienia
Taa jasne... Zróbmy sobie ogóle free love.
Dominican napisał/a:
dlugosc trwania zwiazku nie musi tu miec znaczenia.
Nie musi, ale może. Załóżmy, że związała się ze sobą para nastolatków. Wtedy, ten dwudziestoletni chłopczyk może zdradzać nie dla tego, że nie kocha partnerki, ma wielkie problemy w związku i nie wie jak je rozwiązać, tylko zdradza wyłącznie ze względu na popęd. Bo jak wszystkim wiadomo, faceci dojrzewają dłużej [o ironio].
a prosze bardzo.. jak chcesz to sobie rób fri lowe. mnie co innego interesuje.
leisure napisał/a:
tylko zdradza wyłącznie ze względu na popęd.
to albo partnerka jest głowo-boląca albo wielka katoliczka albo jakas dupa jerychońska... czesto takiemu chłopczykowi wystarczy jedna panna. czesto, bo sa chłopczyki, które chodza na imprezy i mają bardzo rzowiąły tryb życia.
ale zacznijmy od tego, ze zwiazek dwojga tak mlodych ludzi do poważnych nie należy...
_________________ poprzedni opis dotycył dawnej sytuacji politycznej. teraz właściwszy byłby: jak nie sraczka to tarczka...
Imię: olek
Wiek: 20 Dołączyła: 28 Sie 2006 Posty: 1993
Wysłany: 26-06-2008, 18:57
Dominican napisał/a:
wiazek dwojga tak mlodych ludzi do poważnych nie należy...
Zgadzam się, aczkolwiek temat jest ogólny.
A tak baj de łej. Spotkałam się ze zdradą, jako manifestem pt: robię ci krzywdę, jesteś przeze mnie nieszczęśliwa (bla bla bla). No i koleś poszedł niby do łóżka z inną kobietą, tylko po to, bo wiedział, że zdrada to jedyna rzecz, jakiej nie wybaczy mu jego partnerka. Potem ponoć sprawa wyszła na jaw (w sensie, że nie zdradził tej dziewczyny), a ta laska i tak do niego nie wróciła, chociaż ten, knując ten niecny spisek pewnie miał to w zamiarze.
Heee. To są dopiero zawirowania. Pytanie tylko, kto w tym wszystkim był głupszy- kobieta, bo nie potrafiła spojrzeć na swój związek racjonalnie... Czy mężczyzna, który posunął się do takich środków.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum