moja babcia umarla na raka piersi - miala 47 lat. Robilam sobie ostatnio badania i jestem w grupie zwiekszonego ryzyka rakotworczego. W sumie nie mysle o tym, dlaczego tak sie dzieje. Staram sie spedzic z tymi, ktorych kocham duza czasu. I nie klocic sie z nimi, bo w zasadzie nie warto.
Dołączyła: 29 Sie 2005 Posty: 1742 Skąd: Nibylandia
Wysłany: 10-12-2005, 18:49
Mojemu chłopakowi zmarł kilka miesięcy temu tata... guz na przedniej części mózgu... w kształcie motyla...
Widziałam cierpienie mojego chłopaka, jego mamy. Sama do tej pory nie mogę się z tym pogodzić! Znałam tego człowieka i bardzo Go polubiłam... Nie mogę sobie darować, że tak mało słów z nim zamieniłam, że nie zdążyłam nawiązać z Nim kontaktu, nie zdążyłam podziękować Mu za jego syna ;'/ Wystarczył miesiąc i rak Go zabrał... [*]
nikt z roziny mi jeszcze na raka nie umarl... ze znajomych tez... ale to straszna choroba... tyle sie slyszy... czesto sa przezuty...
Znak zodiaku:
soonkei [Usunięty]
Wysłany: 25-12-2005, 23:14
moja mama miala raka żołądka w wieku ok26 lat! choć mialam ok 6lat to pamiętam ze to bylo straszne.... do teraz jak mama mi o tym opowiada to ciarki mi przechodzą, to co ona przezyla to nie życze nikomu, jeszcze w tak młodym wieku z myslą że może zostawić na ziemi dwójke dzieci i męża!Pamiętam jak płakala... jak nie chciala umierac....., wiele by mówic ale nie w tym rzecz. Miala operacje, wycięli jej 3/4 żołądka i cieszy się życiem do teraz, choć dokuczają jej inne dolegliwości zdrowotne(przepuklina kręgosłupa), dziwne ze niektórzy są cale życie zdrowi a inni muszą tak cierpiec.... wiem że choroby zmieniaja ludzi, uważam że moja mama jest cudowna osoba... chcialabym byc taka jak ona ale nie chcialabym cierpiec jak ona...
jutro mama mojego chłopaka ma robione badania i się okaże czy ma raka trzustki widze jak się boi...widzę jego bezsilność...a ja nie wiem, co robić...co powiedzieć...bo nigdy nie byłam w takiej sytuacji...i jesio dziś wracał ode mnie pociągiem i dostał od jakiś palantów z jakiejś deski po gębusi jak już się w życiu pieprzy to z każdej strony...
rok temu, wlasnie tuz przed Sietami Bozego Narodzenia, umarla moja nauczycielka geografii... na raka... zawsze byla pelna radosci, zapalu, wiecznie usmiechnieta - nawet, kiedy cierpiala nie pokazywala nam tego... kilka ostatnich miesiecy zycia spedzila w szpitalu, a kiedy dowiedzielismy sie, ze zmarla... pamietam ten dzien: to byly najcichsze zajecia szkolne... na korytarzach, mimo, ze wypelnionych mlodzieza, glucha cisza i taka p u s t k a...
kiedy ktos umiera na raka, zawsze zmienia to jego otoczenie - s.p. pani Beata nauczyla nas jak godnie przyjmowac na siebie cierpienie i jak byc dla innych... jej maz, rowniez geograf, stal sie zgorzknialy, nie dziwimy sie; musial pozegnac dwie zony (obie byly mlodsze od niego, a odeszly wczesniej) - obie zmarly na raka...
Moja nauczycielka matematyki od kilku lat zmaga sie z nowotworem. Znam ja zaledwie 4 miesiace ale moge stwierdzic iz jest to najlepsza nauczycielka jaka mialam mozliwosc kiedykolwiek poznac. Jest przecudowna, ma tyle w sobie sily, tyle energii a mloda nie jest, na me oko wyglada na 55-60 latke, syszalalm ze naka w szkole jest tym co naprawde kocha i dlatego nie odeszla jeszczena emeryture. Nie wiem co bym zrobila gdyby nas zostawila, niestety postepy choroby widac, ale jestem pewna, ze jakos z tego wyjdzie. Musi!
U mnie w rodzinie na rak nikt jeszcze nie umarł, ale umieraja na inna chorobę, niestety dziedziczna. Przeraża mnie mysl, o tym, ze niedługo może zabraknąć osoby z mojej bliskiej rodziny.
króliczek napisał/a:
Wystarczył miesiąc i rak Go zabrał...
Widzisz cierpiał tylko miesiąc, a ja musiałam patrzeć jak człowiek cierpiał przez 4 lata, z dnia na dzien coraz bardziej cierpiąc.
W pewnej ksiażce jest napisane" Bóg cierpial na krzyzu tylko jeden dzień, a ludzie muszą czesto znosic cierpienie o wiele dłużej"
Dołączyła: 29 Sie 2005 Posty: 1742 Skąd: Nibylandia
Wysłany: 28-12-2005, 20:47
alter ego to prawda, może to i szczęście że tylko miesiąc... Tylko tak wiele nie zdążyliśmy mu powiedzieć, tyle jeszcze trzeba było zrobić... Ale chyba na śmierć nigdy nie ma odpowiedniego terminu...
Moja babcia (mama mojej mamy) zmarła na raka trzustki.. a lekarze byli tak nieudolni, że wykryli jej go dopiero po ok. 3 latach jeżdżenia na badania to do Krakowa, Myślenic, Zakopanego... i było juz za późno.. pamietam jak umierała.. miałem wtedy 8 lat..ryczałem jak bóbr bo ona była mi naprawdę bliska.. nie mogę powiedzieć, że nie spędziłem z nią dużo czasu, bo tak nie było.. poswięcała wszystkim wnukom jak najwięcej czasu..
Mój tata pali papierosy, a wszelkie nasze namowy ignoruje... na szczęście nikt w rodzinie z jego linii nigdy nie zmarł na raka.. i mam nadzieję, że nie dotknie to też mojego taty...
Dołączyła: 29 Sie 2005 Posty: 1742 Skąd: Nibylandia
Wysłany: 29-12-2005, 23:43
Jeśli chodzi o palenie to ja właśnie walcze z moim chłopakiem o to ;'/ niestety narazie bezskutecznie! Nie chcę mu tego zabraniać, ani go szantażować bo to nie o to chodzi! To musi być jego świadoma decyzja... A jak narazie to tylko to odkłada... Pali już 7 lat!
Imię: Arturek ~~
Wiek: 20 Dołączył: 27 Lip 2005 Posty: 6669 Skąd: z miasta
Wysłany: 01-01-2006, 13:08
Mój ojciec pali 30 lat, 10 lat temu mial jedno "betonowe" pluco. Kupuje najmocniejsze fajki jakie może i urywa filtry. Pożera te papierosy, a potrafi wypalić kilkadziesiat dziennie nawet. W ostatnich latach próbowal pare razy rzucić, bardzo dobrze się wtedy czul, ale wracal. Wracal, bo sytuacja mojej rodziny w tych latach jest naprawdę zmienna i mial dużo stresów i niestety rozladowywal je tak a nie inaczej. Nie wiem co z nim będzie w przyszlośći, ale już teraz zdarza mu się tak normalnie oddychać, jakby czlowiek slyszal ruski parowóz.
_________________ „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.”
"Na większą chwałę Bożą." Ad maiorem Dei gloriam.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum