Imię: Aneta
Dołączyła: 11 Sie 2007 Posty: 1025 Skąd: Wielkopolska
Wysłany: 28-12-2007, 19:10 Kochanie vs zakochanie
Wiele ludzi myli te dwa pojęcia. Są one bardzo podobne, to fakt, ale jedak czymś się różnią.
Podobnie jak zrobił nasz forumowy sobek zrobię też ja, czyli nie będę zabijac tematu na początku. Piszcie co myślicie.
_________________ "A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć".
Za ukochaną, przyszłą ojczyznę.
No tak.. Od dawien dawna jest rozstrzygany problem polegający na myleniu miłości z zakochaniem. Uważam, że prawdziwe kochanie drugiej osoby jest wtedy kiedy w 100% akceptujemy ... SIEBIE! Tak właśnie. Może to zabrzmieć dziwnie, ale .. jednak! Od tego zaczyna się każde na ten temat rozmyślanie. Otóż.. Jak potrafimy siebie kochać (nie mylić mi tego broń boże z NARCYZMEM!) wówczas możemy zacząć kochać drugą osobę. Nie możemy dostrzegać w sobie jakiś chorych kompleksów, bo wtedy unikniemy tego u naszej ukochanej osoby. Bo w końcu miłość to jedność. Nie tylko akceptacja drugiej osoby.
Poza tym samo kochanie jest także czymś co jest ponad wszystkim zawsze. Jest to poświęcenie.. Nie tylko motyle w brzuchu. Uważam, że miłość prawdziwa (tłumaczę to sobie, że jest ona dojrzała) jest wtedy kiedy i my jesteśmy dojrzali.
A zakochanie? To motyle w brzuchu i ulotny stan nie wiadomo właściwie czego. To właściwie proces chemiczny. Pewne reakcje
Mhym... I choć mam lat 16 i mam także swojego ukochanego to jeszcze nigdy mu nie powiedziałam słowa "kocham", bo wiem że nie jestem na tyle dojrzała, aby móc powiedzieć tak wielkie słowo.
_________________ "Ze zmiennym szczęściem toczę się, czasami z drogi zniesie mnie.. Czasem zwolnie w jakimś błocie, jednak do przodu wciąż się toczę..."
To jest moje zdanie o kochaniu i zakochaniu. Ja patrzę z tej perspektywy. Ty możesz z innej. I nie osądzam czy kochasz czy nie kochasz swojego K. Poza tym dojrzałość jest pojęciem względnym. Mając lat 19 możesz być na tyle dojrzała, aby móc się poświęcić.
To jest tylko i wyłącznie moje zdanie. Nie musisz od razu mnie naskakiwać ;/
_________________ "Ze zmiennym szczęściem toczę się, czasami z drogi zniesie mnie.. Czasem zwolnie w jakimś błocie, jednak do przodu wciąż się toczę..."
Erill to wspaniale ujęła Chodzi mi o to, że gdziekolwiek o miłości czytam czy rozmawiam z osobami już doświadczonymi to mówią mi, że potrzebna jest akceptacja samego siebie, żeby zaakceptować drugą osobę - kochać ją.
_________________ "Ze zmiennym szczęściem toczę się, czasami z drogi zniesie mnie.. Czasem zwolnie w jakimś błocie, jednak do przodu wciąż się toczę..."
Wiek: 20 Dołączyła: 29 Sty 2006 Posty: 8762 Skąd: Kraków
Wysłany: 28-12-2007, 19:57
FromMyHands napisał/a:
To jest moje zdanie o kochaniu i zakochaniu. Ja patrzę z tej perspektywy. Ty możesz z innej. I nie osądzam czy kochasz czy nie kochasz swojego K.
Osoby, które nie akceptują siebie takimi jakimi są, nie są Twoim zdaniem zdolne prawdziwie kochać- tak napisałaś- jestem więc żywym zaprzeczeniem Twojej tezy
Nie naskakuję, tylko moim zdaniem nie warto w ogóle rzucać takich tez. Bo w takich sprawach wszystko jest relatywne.
FromMyHands napisał/a:
Mając lat 19 możesz być na tyle dojrzała, aby móc się poświęcić.
Ale co poświęcić? W jaki sposób się poświęcić? Rzucić pracę, męża dla kochanka czy kochanka dla męża? Urodzić dziecko? Przeprowadzić się?
Masz poglądy podobne do mnie droga FromMyHands. Szkoda że ja na to wpadłem trochę później niż Ty.
Jedyne do czego mogę się przyczepić to poświecenie, czym ono jest dla Ciebie?
Osobiście poświęcanie SIEBIE traktuje jako coś mało...korzystnego? Poświęcenie to coś, co nie sprawia iż stajemy się szczęśliwsi. Miłość dla mnie jest praktycznie synonimem szczęścia. Nie jest to coś wybiórczego, czym darzy się jedną osobę. Miłość jest jak słońce, świeci zarówno kwiatom jak i chwastom.
Nie będę zdradzał reszty, poczekam na przemyślenia.
Po dłuższym zastanowieniu doszłam do wniosku, że chyba nigdy nie kochałam, ale za to zakochana byłam wieeeele razy. Nie mogę podać znacznej różnicy między kochaniem, a zakochaniem, bo nie doświadczyłam jednej z tych dwóch rzeczy, ale mogę zgodzić się z tymi motylkami w brzuchu i chemią. To jest coś, co dopada nagle i jest bardzo intensywne, ale krótkie.
Często spotykam się z ludźmi, którzy mylą te dwa pojęcia. I zdecydowanie nadużywają słowa "kocham". Nie krytykuję ich, bo wierze, że sami wiedzą, co czują (choć czasami mam wątpliwości co do tego).
Przykład: Jest sobie para ze stażem ok 3 miesięcy i dziewczyna mówi do koleżanek, jak bardzo kocha swojego chłopaka i że żyć bez niego nie może. Po tygodniu rozstają się, dziewczyna jest załamana, wszystko straciło sens. Po czym, po weekendzie przychodzi do szkoły i mówi, że poznała super chłopaka, a po tygodniu już go kocha i mówi to w taki sam poważny sposób, jak poprzednio.- nie zmyśliłam tego
Nie wiem, czy ta akceptacja samego siebie jest aż tak potrzebna do tego, żeby móc kogoś kochać. No ale kto wie, może dlatego wiele osób nigdy nie kochało...
_________________ Kiedyś ktoś Cię opuści- uświadom to sobie, bądź na to gotowy, mniej boli...
Poświęcenie? Dla mnie poświęcenie to nie jest rzucenie szkoły i pójście świat ze swym ukochanym Bo to jest tak zwane pójście na łatwiznę
Moim zdaniem poświęcenie to potrafienie nawet w środku nocy pojechać do tej osoby, kiedy jest w rozpaczy. A więc miłości musi towarzyszyć przyjaźń, którą rozumiem jako bycie z tą osobą na dobre i złe. Mhymm.. Nie umiem tego racjonalnie wytłumaczyć. Trzeba czuć się w obowiązku do tej osoby. Nie tyle pomagać tej osobie w problemach, ale także udźwignąć je na swoich barkach.
[ Dodano: 28-12-2007, 20:14 ]
Peggy Sue napisał/a:
Jest sobie para ze stażem ok 3 miesięcy i dziewczyna mówi do koleżanek, jak bardzo kocha swojego chłopaka i że żyć bez niego nie może. Po tygodniu rozstają się, dziewczyna jest załamana, wszystko straciło sens. Po czym, po weekendzie przychodzi do szkoły i mówi, że poznała super chłopaka, a po tygodniu już go kocha i mówi to w taki sam poważny sposób, jak poprzednio
Ha ha.. Skąd ja to znam Dla mnie to jest żałość i inaczej tego komentować nie będę.
_________________ "Ze zmiennym szczęściem toczę się, czasami z drogi zniesie mnie.. Czasem zwolnie w jakimś błocie, jednak do przodu wciąż się toczę..."
Nie wiem, czy ta akceptacja samego siebie jest aż tak potrzebna do tego, żeby móc kogoś kochać. No ale kto wie, może dlatego wiele osób nigdy nie kochało...
Podstawą do kochania innych, jest pokochanie siebie. Gdy nie potrafimy W PEŁNI zaakceptować siebie, w jaki sposób możemy zaakceptować drugą osobą, taką jak naprawdę jest. Nie mówię tutaj o wielkiej miłości do własnych imaginacji, jak to bardzo często robią nastolatki, wpatrując się w plakat idola.
Miłość, ta z dużej litery, opiera się na akceptacji, na docenieniu człowieka, a nie tym kim się stał. Nie można Kochać, kogoś przez pryzmat tego, co zrobił, tego, w co wierzy etc. Staram się mówić o miłości takiej, jaką można było zaobserwować u wielkich tego świata, jak JP2, Jezus czy inni "oświeceni".
Miłość, ta z dużej litery, podzielona równo między wszystkich. Jest to coś, czym promieniujemy, nie coś, czym obdarowujemy każdego z osobna. Osoba, która znajdzie się w naszym towarzystwie, zaczyna świecić, staje się gwiazdą.
Takie przypadki można dostrzec u wielu kobieciarzy, kobiety w ich towarzystwie wręcz zaczynają promieniować szczęściem, seksapilem, zmysłowością. Jest to miłość do kobiet, trochę upośledzona, ale świetnie obrazująca czym miłość być w przybliżeniu powinna.
A mi się wydaje, że w wielu przypadkach dopiero miłość właśnie sprawia to, że zaczynamy siebie akceptować. Mówię oczywiście o tej odwzajemnionej miłości. Kiedy widzimy, że jesteśmy ważni dla drugiego człowieka, że jesteśmy potrzebni, zauważamy w sobie te pozytywne cechy.
_________________ Kiedyś ktoś Cię opuści- uświadom to sobie, bądź na to gotowy, mniej boli...
Mam nadzieje że chodzi Ci o przypadek w którym zaczynasz akceptować siebie, wtedy, kiedy ktoś Cię obdarzy Miłością. To miałem też na myśli mówiąc o tym, iż zaczynamy promieniować, gdy ktoś nas Miłością obdarzy.
Odniosłam się do tego fragmentu Twojej wypowiedzi:
Source napisał/a:
Podstawą do kochania innych, jest pokochanie siebie. Gdy nie potrafimy W PEŁNI zaakceptować siebie, w jaki sposób możemy zaakceptować drugą osobą, taką jak naprawdę jest.
Tutaj mówisz o innej kolejności, chyba, że źle to interpretuję.
Poza tym uważam, że o wiele łatwiej jest zaakceptować inną osobę od samego siebie. Przynajmniej ja mam z tym pewne trudności.
_________________ Kiedyś ktoś Cię opuści- uświadom to sobie, bądź na to gotowy, mniej boli...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum